Jestem dla czytelników, a nie odwrotnie

Fot. Katarzyna Bonda/archiwum
Teraz, kiedy piszę te słowa wybieram się do IPN, by czytać pewne akta. To jedynie element moich badań do nowej książki. Wcześniej analizowałam czaszki, wizytowałam najlepszego eksperta od rekonstrukcji i projekcji wstecznych (znajdują czaszkę, a ten człowiek tworzy na jej podstawie zdjęcie zaginionej osoby, mogą jej wówczas szukać w bazie m.in. Itaki etc.), ponieważ w mojej nowej książce nie będzie trupów (przynajmniej na początku będzie kłopot z ich odnalezieniem). A jak zapewne wiecie: nie ma trupa, nie ma zbrodni. Większość niewyjaśnionych spraw sprowadza się do tego, że nie znaleziono ciała ofiary. Policja często wie, kto za tym zaginięciem stoi, ale nie może udowodnić, że do zbrodni doszło dopóki nie znajdzie zwłok. Wiele jest takich historii, które znacie z mediów. Tacy „zniknięci” od zawsze mnie fascynowali. To kwintesencja tajemnicy. Mówi się standardowo, że policja zakłada 8 wersji śledczych, co oznacza, że wszystkie są możliwe: od wypadku po zabójstwo. Gdzieś pośrodku jest oczywiście, że osoba żyje, ale nie chce być znaleziona. Jeśli jednak mówimy o zbrodni doskonałej to głównie z takiej przyczyny. Oczywiście polscy zabójcy to nie bohaterowie zachodnich serialu. Zwykle pękają „na dołkach” lub w procesie - niesieni poczuciem winy wolą się przyznać i spać spokojnie. Pięknie ten wątek eksplorowany jest w True Detective, ostatnio moim ukochanym serialu kryminalnym.

Na początek od razu się do wszystkiego przyznam, żeby potem nie było, że nie ostrzegałam. Jeśli pisze się kryminały, prawda to właściwie abecadło savoir-vivre’u. Oczywiście każdy z bohaterów dramatu zasadniczo ma swoją własną, najprawdziwszą prawdę, ale to już temat na inną opowieść. Tak więc, kiedy złożono mi propozycję relacjonowania Państwu moich pisarskich przygód zareagowałam nieufnością. Owszem, jestem specyficzna, wyśmiewam romantyczne podejście do pracy nad książką, nie wierzę w pocałunki Muzy i te wszystkie natchnienia. Głośno mówię jak się męczę i stękam, że nie jestem genialna. Zanim cokolwiek napiszę, dokumentuję, sprawdzam, wydzieram z rzeczywistości co ciekawsze kąski. A to generuje całą masę przygód. Co gorsza nie jestem z tego dumna – nie cierpię niespodzianek.



Na dodatek nie zachowuję się jak popularna pisarka. A tym bardziej już jak królowa literatury popularnej, którą mnie okrzyknięto, co mi oczywiście schlebia, karmi ego i wiem, że zasłużyłam fundując ludziom kawał niezłej opowieści (nie zmienia to faktu, że teraz pisząc te słowa jestem już czerwona jak burak). Bratam się z czytelnikami i nie sadzę się na „bóg-wie-kogo”, bo jestem tylko dziewczyną z małego miasteczka, która ciężko pracowała całe lata, by wreszcie spełnić swoje marzenie – opowiadać, co w moim odczuciu oznacza całkowitą wolność.

Nie ma nic cenniejszego niż umiejętność snucia opowieści (jestem na dodatek zdania, że w ich pierwotnej fazie – plemiennej, przy ognisku – opowiadano sobie właśnie kryminały, thrillery a nie opowieści o depresji czy nieudanym samobójstwie). Ale człowiek musi być wolnym elektronem, nie związanym z nikim i niczym żadnymi więzami – tak dotąd sądziłam. Tylko wtedy będzie mógł opowiadać jak chce i o czym chce. Bo wiedzieć, co chce opowiedzieć, to już kłopot pisarza.

I teraz dzwoni do mnie ta Pani, która chce mnie wpędzić w cykl, kierat i obowiązek. Z natury jestem buntownikiem i leniem oraz nienawidzę (to doprawdy doskonałe słowo), kiedy coś muszę. „Odpuść sobie” to moje credo życiowe. Zawsze jest na to czas. Nawet trzy sekundy przed zbrodnią przestępca może to zrobić. Odpuścić. Ale do rzeczy.

- Czy sądzi Pani, że kogoś to obchodzi? – rzuciłam przez telefon, jadąc jednocześnie autem bez zestawu głośnomówiącego. Nie słynę z grzeczności. Sprawiam często mylne wrażenie wyniosłej czy zarozumiałej, a jestem po prostu konkretna. Widać ta Pani była przygotowana. Była, gdyż obserwowała mnie od jakiegoś czasu, była na moim fan page'u i czytała moje wywiady, rozmowy z czytelnikami. A przede wszystkim zna moje książki. Musiała wiedzieć, że potrafię być sympatyczna, nawet miła, choć nie dla każdego. Tak już niektórzy mają, że noszą zbroję dla świata, i ja też takową posiadam. Inaczej nie pisałabym książek, tylko tańczyła na lodzie. Roześmiała się szczerze. To był wspaniały, spontaniczny, głośny rechot. Pomyślałam, że warto z nią pomówić dłużej.

- Oddzwonię za godzinę - odłożyłam słuchawkę. Teraz myślówka. Jeśli się zgodzę, zniszczę moją wolność, na którą tak długo pracowałam. Będę cyklicznie opowiadać (zdradzać moje tajemnice!) o tym jak i gdzie sprawdzałam, gdzie położyć trupa oraz kto był moim wspólnikiem tego procederu, jak pobierać odciski palców, badać zapach przestępcy, liczyć łuski, uczestniczyć w sekcjach czy rozmawiać z mordercami, policjantami, ekspertami kryminalistyki czy innych dziedzin, przeżywać razem z rodzinami ofiar ich nieutulony żal albo przez tydzień nie wychodzić z sądu, bo studiowanie akt spraw kryminalnych to moje tajne hobby (nie mówcie nikomu). Czyż nie po to robię to wszystko, by o tym nie mówić lecz do śmierci pisać o tym książki? Po co mi blog, choćby i z milionową klikalnością. A co gorsza uczynię to z czystej próżności. Tylko po ty, by być postrzeganym. By utrzymać tron, szlag.
Ale czyż nie po to wchodzę w bliskie relacje z moimi czytelnikami na Facebooku. Czy nie opowiadam im szczerze nad czym aktualnie pracuję, pokazuję biblioteczkę, moje zawalone papierami i obstawione pustymi kubkami po zielonej herbacie oraz popielniczkami biurko, czy nie zwierzam się, że właśnie nie wpuściłam do mieszkania znajomych, gdyż akurat myślałam, a więc pracowałam. Czy nie skarżę się, że mam doła, bo fabuła się nie składa, plan nie idzie, zgubiłam azymut, a to niedopuszczalne w pracy nad powieścią kryminalną, czy nie proszę ich o radę, kiedy szukam archetypu potwora? A oni mi pomagają. Wspierają. Podsuwają tropy.

Tak właśnie jest. Jestem dla czytelników, a nie odwrotnie. Podobnie jak to, że to ja mam się męczyć podczas pisania, by czytelnik miał tylko i wyłącznie przyjemność z lektury. Tak, czas stanąć przed lustrem i odpowiedzieć sobie, że jeśli chcę być nadal bestsellerową autorką, to właściwie nie mam wyboru. Rzeczywistość zmusza dziś nas pisarzy do tego, by być postrzeganym. Pisarz nie może już siedzieć w kącie i czekać, aż go znajdą.

Czytelnik zaś potrzebuje poznać go nie tylko z kart powieści, z tego co ukrył od siebie między wierszami. Chce dotknąć, sprawdzić, poczuć, jaki jego ulubiony pisarz jest naprawdę. Bo jest on tylko człowiekiem, a nie żadnym idolem. Tego samego ja szukam opowiadając historie z wątkiem kryminalnym. Chcę dotknąć granicy jasnej i ciemnej strony mocy. Nie tylko biernie obserwować. Wiem - jest to upiorne i straszne, biorąc od uwagę, że z natury swej pisarz nie jest showmanem. Gdyby był – pracowałby w telewizji lub lansował się na bankietach. Wybrał pisanie, gdyż woli się ukryć za dziełem. Po to wszak to robi.

Dziś rynek (używam świadomie) bo nawet dzieło wysoko artystyczne jest dziś rodzajem produktu, który jest niszowy bądź pierwszej potrzeby. Mało tego w dobie konsumpcjonizmu przywykliśmy, że to, co jest gratis, nie ma zbyt wielkiej wartości. Książka, tomik poezji czy zbiór reportaży jest więc produktem, a ten musi dotrzeć do odbiorcy. I tutaj dochodzimy do sedna: reklamy, promocji, komunikacji, która jest nieodzowna, by pisarz mógł przedrzeć się przez „książkostradę” do swoich wiernych czytelników. Można się zżymać, ale tak po prostu jest.

Z jednej strony zalewa nas ocean książek tłumaczonych. Polski rynek to tak naprawdę 70 procent wydań literatury obcojęzycznej i ich tłumaczenia zapełniają większość księgarskich półek; dla porównania w Wielkiej Brytanii na publikacje tłumaczone z innych języków przewidziano zaledwie 3 procent rynku – wnioski proszę wyciągnąć samodzielnie. Z drugiej zaś strony czytelnika atakuje morze selfpublishingu lub klasycznych komercyjnych produktów - książek płaskich, jednorazowych, celebryckich lub po prostu złej jakości, ponieważ wydanie jest dziś tak łatwe jak zrobienie zdjęcia komórką. Ale wszystkie one znajdują swoich odbiorców. I żeby była jasność – popieram ich istnienie, bo człowiek powinien czytać, by zachować równowagę emocjonalną. Najdoskonalszy film, sztuka teatralna ani nawet serial telewizyjny nie zastąpi prawdziwej uczty dla ducha, jaką jest lektura. Pytanie tylko jak liczna jest ta grupa.

Z tego wniosek prosty: nie wystarczy napisać, ani nawet wydać książki. Cała praca zaczyna się „po publikacji” i sprowadza się do „krzyczenia” o niej. Nie mówię o chamskiej reklamie, ale strategii, którą pisarz musi przyjąć. Oczywiście klasyczne media pomagają bardzo, a w szczególności telewizja (osobiście tego doświadczyłam – pierwszy nakład „Pochłaniacza” w 3 tygodnie po prostu wyszedł z księgarń i przez ostatnie miesiące utrzymywał się na pierwszych miejscach, ale ważny jest dziś przede wszystkim: 1. Bezpośredni kontakt z czytelnikiem 2. Media społecznościowe – facebook, twitter, instagram i inne 3. Blogi.
Wszystko kręci się w sieci. Papierowe media, nagrody, prawdziwe recenzje krytyków (autentycznych znawców tematu) mają znaczenie prestiżowe, jedynie potwierdzają jakość. Siła jest w internecie i trzeba być w nim aktywnym. Jeśli pisarz uznaje to za blagę, mówi, że chce się przesiąść na maszynę do pisania i wypisuje z facebooka – jego sprawa. Ja jednak sądzę, że więcej w tym korzyści niż strat. Daje to m.in. bezpośredni "feedback". Ludzie chcą „dotknąć” swojego idola, chcą posłuchać jego poglądów, pomóc mu nawet w pracy nad książką, wreszcie uczestniczyć w tym procesie. Taki mamy dziś świat – kultury obrazkowej, pośpiechu i nadmiaru. Nic dziwnego, że klasyczne postrzeganie „siedzenia w kącie” już się nie sprawdza. Powiem więcej to luksus, na który tylko nieliczni mogą sobie pozwolić.

Chcę tutaj krótko wyjaśnić. Nie pracuję jak niektórym się wydaje, czyli siedzi pisarz przed pustym plikiem (bo chyba nie sądzicie, że ktokolwiek jeszcze używa maszyny do pisania – żaden wydawca nie przyjmuje już papierowych maszynopisów), rozmyśla, pali, pije, po czym zapisuje to jedno genialne zdanie. Sam zapis książki to wisienka na torcie. Najprzyjemniejsza i – chyba jedynie artystyczna – robota w moim procesie twórczym. Tak poza tym to kręcę się w kółko jak złodziej na czatach lub jak wampir czekający na zapadnięcie zmroku. Czyham na historie wokół, staram się wydrzeć z rzeczywistości wolny kawałek do obróbki fabularnej. Pisarz to kolekcjoner, zbieracz, chomik. Kisi te wszystkie opowieści w swoim emocjonalnym brzuchu. One w nim rosną. Niektóre są do wyrzucenia, jak zgniłe jabłka, jeśli się ich nie pożre, kiedy są jeszcze czerwone i pachnące. Ale niektóre historie nie mają terminu ważności. Mało tego – im więcej czasu minie od ich znalezienia – tym cenniejsze się stają. Nie wolno ich ruszać, dotykać. Przyjdzie czas i opowieść sama domaga się ogarnięcia fabularnego.

Lubię ten stan obsesji tematem. Wpadam wtedy jak do studni i głębiej, głębiej zanurzam się, tracąc z oczu otaczający mnie świat. Nie jestem na bieżąco, nie oglądam mundialu, polityka mnie brzydzi. O tym, kto jest naszym prezydentem dowiedziałam się przypadkiem z facebooka pod jakimś zdjęciem żywności czy pieska. To wybór, nie zaniedbanie. Selekcjonuję docierające do mnie dane. Wystarczająco długo żyłam jako dziennikarka w oku cyklonu, by teraz ponownie się infekować. Higiena psychiczna to podstawa w życiu pisarza. Zresztą zawsze umiałam się skupić tylko na jednej rzeczy.

Oczywiście nie ma ani jednej genialnej książki, która nie wzięła swego początku z rzeczywistości. Myślę, że to już ustaliliśmy. Teraz, kiedy piszę te słowa wybieram się do IPN, by czytać pewne akta. To jedynie element moich badań do nowej książki. Wcześniej analizowałam czaszki, wizytowałam najlepszego eksperta od rekonstrukcji i projekcji wstecznych (znajdują czaszkę, a ten człowiek tworzy na jej podstawie zdjęcie zaginionej osoby, mogą jej wówczas szukać w bazie m.in. Itaki etc.), ponieważ w mojej nowej książce nie będzie trupów (przynajmniej na początku będzie kłopot z ich odnalezieniem). A jak zapewne wiecie: nie ma trupa, nie ma zbrodni. Większość niewyjaśnionych spraw sprowadza się do tego, że nie znaleziono ciała ofiary. Policja często wie, kto za tym zaginięciem stoi, ale nie może udowodnić, że do zbrodni doszło dopóki nie znajdzie zwłok. Wiele jest takich historii, które znacie z mediów.

Tacy „zniknięci” od zawsze mnie fascynowali. To kwintesencja tajemnicy. Mówi się standardowo, że policja zakłada 8 wersji śledczych, co oznacza, że wszystkie są możliwe: od wypadku po zabójstwo. Gdzieś pośrodku jest oczywiście, że osoba żyje, ale nie chce być znaleziona. Jeśli jednak mówimy o zbrodni doskonałej to głównie z takiej przyczyny. Oczywiście polscy zabójcy to nie bohaterowie zachodnich serialu. Zwykle pękają „na dołkach” lub w procesie - niesieni poczuciem winy wolą się przyznać i spać spokojnie. Pięknie ten wątek eksplorowany jest w True Detective, ostatnio moim ukochanym serialu kryminalnym. Marzę, by kiedyś w Polsce powstawały tak smaczne opowieści kryminalne lecz jednocześnie filozoficzne i intertekstualne. Jeśli są na tej sali producenci, którzy mają podobny pogląd i gust – apeluję do was.

Do tej pory te wszystkie badania nad obrabianym tematem były prywatą. To była sfera, do której nie wpuszczałam nikogo poza ludźmi, którzy pomagali mi w zdobyciu danych do fabuły. Bo nie jest prawdą, że moje książki są tylko moje. Polecam przeczytać posłowia do każdej z nich. Składam tam hołd moim konsultantom. Bez nich nie napisałabym nawet słowa.

Więc wyobraźcie sobie, że macie skarb i oczywistym jest, że nie chcecie, by wszyscy sąsiedzi przychodzili go oglądać. Mogą go zauroczyć, skraść, dać cynk złodziejowi czy poprosić o pożyczkę (wiecie, że nigdy nie odzyskacie tych kilku monet, wszak głupio będzie prosić o zwrot skoro została wam jeszcze cała skrzynia złota). Więc jest wasz, tylko wasz. Sami go wykopaliście, złamaliście kilka szpadli, na waszych rękach są pęcherze, jesteście zmęczeni, ale się udało. Dokładnie tak jest z moją bazą danych. Co najwyżej potem, przy okazji premiery nowej książki opowiadam lakonicznie, jak to wzięłam na stopa parę młodych ludzi, którzy przez dwa tygodnie jeździli ze mną by eksplorować miejsce akcji, bo szukałam cmentarza, gdzie fabularni śledczy znajdą martwe dziecko („Florystka”) i wielu innych lokacji. Nie okazali się psychopatami (jak obawiała się moja matka, kiedy jej napomknęłam), a nawet początkowo czuli się zażenowani i wzbraniali się, kiedy chciałam postawić im obiad. Na koniec współpracy wcisnęłam im zgrzewkę piwa i swoje książki. To była cała zapłata za ich trud. Płakaliśmy wszyscy ze wzruszenia, kiedy się rozstawaliśmy. Bo to była przygoda - dla nich i dla mnie.

Albo wspaniały zespół osmologów z Lublina, najlepszych ekspertów w Polsce w tej dziedzinie, którzy siedzieli ze mną nad roboczymi eksperymentami zapachowymi dla każdego z podejrzanych do Pochłaniacza. Wyjaśniali mi wszystko jak blondynce z dowcipów, ponieważ nijak nie mogłam zrozumieć prostych rzeczy (ich zdaniem, bo zapewniam, że taką całkiem idiotką nie jestem). Nieocenieni przedstawiciele organów ścigania – moi stali już konsultanci – Robert Duchnowski, Leszek Koźmiński, Paweł Leśniewski, do których o każdej porze dnia i nocy mogę zadzwonić i zapytać, czy jak odcięta pośmiertnie głowa zostanie znaleziona w garnku to który krąg odcięcia będzie świadczył o umiejętnościach rozbiórki mięsa. I takie tam, sami widzicie.
Ale postanowiłam, że jednak będę wam opowiadać. Wierzę, że docenicie, że odkrywam przed wami tajniki mojego „twardego dysku”. Czasem napiszę o przygodach, czasem o niemocy, a czasem opowiem coś śmiesznego. Komedii wbrew pozorom też w moim życiu nie brakuje.

Obiecuję, że będę opowiadać szczerze i prawdziwie albo wcale. Jak zaznaczyłam na wstępie. Nie żadne tam stare kotlety, bo podobne przygody mam cały czas. Jak choćby dziś, kiedy przygotowując się do wyprawy do IPN zadzwoniłam do pewnego lokalnego społecznika, by przy okazji zdobyć wiedzę „od żywego człowieka”, jak dziś odbierają mroczną historię powojenną, którą akurat zgłębiam, a on po kilkunastominutowej rozmowie zapewnił, że mi pomoże. - Czuję, że mam do czynienia z łebską babą, a nie jakąś pańcią z Warszawy – wyjaśnił i obiecał, że
pokaże miejsca, w których doszło do mordu i także później, jeszcze w latach 50. - starsi ludzie o tym gadają – znajdowano w okolicy ludzkie szczątki, a w dokumentach tego nie ma i nie będzie. - Dlaczego - spytałam. - Nie ma ciała, nie ma zbrodni - odparł. Poczułam ciarki na plecach. Jak bardzo pasuje to mojej nowej powieści. Czasem bowiem fikcja wyprzedza rzeczywistość, wierzcie mi. Ale kluczem do ich zgłębienia są ludzie i trzeba być blisko nich.

Potraktujmy to jako wieczorek zapoznawczy rozpoczynającego się turnusu. Przedstawiłam się, choć więcej dowiecie się czytając moje książki, ale jeśli macie ochotę słuchać moich opowieści, będę tutaj przez jakiś czas. Obiecuję nie dręczyć was nudami, że wstałam, zjadłam, wypiłam kawę, ani też nie nadużywać zaufania lecz postaram się być waszymi oczami w krainie moich baśni. Wy zaś pozwólcie mi na wolność. Nie będą to spotkania regularne. Bo wiecie... Czasem trzeba sobie odpuścić.

Bonda
Trwa ładowanie komentarzy...