O autorze
Katarzyna Bonda, autorka bestsellerowych powieści kryminalnych. Do polskiego kryminału wprowadziła postać profilera: trylogia o psychologu policyjnym Hubercie Meyerze (Sprawa Niny Frank, Tylko martwi nie kłamią, Florystka), w 2014 roku zapoczątkowała „tetralogię żywiołów” o profilerce Saszy Załuskiej (Pochłaniacz – POWIETRZE, w przygotowaniu: Okularnik – ZIEMIA, Lampiony – OGIEŃ, Czerwony Pająk – WODA, które będą się ukazywały cyklicznie, co roku). Autorka książek dokumentalnych Zbrodnia niedoskonała i Polskie morderczynie. Założycielka szkoły pisania www.maszynadopisania.pl. Ukończyła dziennikarstwo na UW i scenariopisarstwo na PWSFTViT. Więcej na www.katarzynabonda.pl

Dlaczego w Polsce nie ma dobrych seriali kryminalnych?

Mam wrażenie, że wciąż tkwimy w latach 80., a niektórym twórcom wciąż się wydaje, że wszystko załatwi akcja (przekonują mnie, że przecież musi być po kolei, jedno ma wynikać z drugiego i być przewidywalne, bo widz nie zrozumie – wołam wtedy o pomstę do nieba! O jakim to braku szacunku do widza zaświadcza!). Tym bardziej drażni mnie w tych rozmowach, kiedy słyszę, że polski odbiorca nie jest gotów na polski True Detective lub Breaking Bad. O prostym The Killing nie wspominając. Nóż mi się w kieszeni otwiera i mam ochotę zarechotać szyderczo: Tak, u nas „sprzeda się” tylko Ojciec Mateusz i Brzydula. Nie mówię, że na rynku nie ma dla nich miejsca. Jest, ale też inne, lepsze rzeczy mają szanse być u nas zrozumiane, bo to nie jest kraj debili, a tak w każdym razie myślą niektórzy filmowcy na stanowiskach, skoro podejmują takowe decyzje.

Wczoraj do czwartej nad ranem oglądałam miniserial HBO "Olive Kitteridge". To adaptacja książki E. Strout wydanej pod tym samym tytułem. W Polsce wyszła też drukiem jako "Okruchy codzienności". Autorka otrzymała za nią Pulitzera w 2009 roku.
Trudna sztuka adaptacji
Główna bohaterka, którą odtwarza genialna Frances McDormand, to antypatyczna, wredna nauczycielka matematyki. Nie będę opowiadała fabuły. Sami obejrzyjcie, przeczytajcie - w jakiej chcecie kolejności, ale ja zwykle wybieram wedle zasady: „najpierw książka, potem film”. I o tym właśnie chcę napisać. O korespondencji tych dwóch dzieł: filmowego i powieściowego. A raczej o tym, że im bardziej reżyser „odbija się” od pierwowzoru, tym adaptacja jest lepsza.



Nie mówię tutaj o zmianie płci bohatera lub wymyślanie „lepszych” zakończeń, czy też poprawianie rozwiązań dramaturgicznych z powieści, które ostatecznie zmieniają przekaz. Mówię o efektywnym stosowaniu języka filmowego, by z historią dotrzeć do odbiorcy, podobnie jak pisarz używa najskuteczniejszych środków wyrazu w swojej książce, ponieważ nie ma nic więcej poza narzędziem słowa.
Ci z Państwa, którzy obejrzeli miniserial "Olive Kitteridge" i przeczytali książkę, zauważą jak bardzo te dwie opowieści różnią się od siebie. Jak bardzo scenarzyści odeszli od pierwowzoru, a jednocześnie zachowali ducha, nerw opowieści Strout. Dlaczego w Polsce nie adaptuje się książek? Dlaczego filmowcy nie sięgają po dzieła rodzimych autorów? Literatura piękna, gatunkowa, komiks – nie ma to znaczenia.

W latach 60./70. istniał ścisły związek literatów i filmowców. Kinematografia na tym korzystała zdecydowanie. Dziś każdy z reżyserów sam pisze scenariusz (lub przynajmniej jest jego współautorem), a książek filmowcy zasadniczo nie czytają i co gorsza nie wstydzą się o tym mówić głośno. Nie wszyscy – to jasne. Jestem daleka od generalizowania. Dzięki Bogu jest cała rzesza rzutkich producentów, którzy trzymają rękę na pulsie i doskonale orientują się, co nadawałoby się do adaptacji.

Gwardia, która nie czyta
Lepiej jest też wśród młodego pokolenia filmowców (30+, 40+). Tym jednak trudniej otrzymać pieniądze z PISF. Kasę nadal trzyma stara gwardia, która nie czyta. I widać to po naszych polskich filmach. Głównie to obrazy o depresji (snuje), toksycznych związkach (niskobudżetowe one to one), rodzinnej matni (rozpisane na trzy postaci główne, ale musi zagrać Więckiewicz albo Szyc), czy też z drugiej strony sensacyjne gnioty, gdzie wszystko wybucha, keczup się leje, a bohaterowie wciąż biegną, rozbijają auta, klną w nadmiarze, silą się na „wielkie granie” zamiast po prostu być (zobaczcie dla kontry genialną Frances McDormand) lub uprawiają seks w kiblu bądź na oczach tłumu (koniecznie brutalnie, co udaje się wygrać wyłącznie Smarzowskiemu). Zwykle na koniec główny bohater musi kogoś zabić. Bo przecież niedopowiedzenie w filmie nie będzie zrozumiane... Adaptacje gotowych opowieści, które wyszły drukiem, można policzyć na palcach jednej ręki.

A jeśli już do tego dochodzi – stał się cud i jest ochota, by adaptować powieść (niestety dotyczy to nawet bardzo doświadczonych twórców) - wychodzi na jaw, że filmowcy nie potrafią spojrzeć na dzieło szerzej, poza poziom wydarzeń. Tymczasem w książce - każdy Czytelnik to wie – to, co najważniejsze znajduje się między wierszami. Adaptacja to nie sfilmowanie książki scena po scenie. Uczą tego na pierwszym roku scenariopisarstwa!
Zarzygana profilerka w telewizji? To nie przejdzie!
Obecnie odbywam mnóstwo rozmów w sprawie adaptacji moich książek. "Pochłaniacz" wiedzie w tym prym i wciąż słyszę, że to opowieść epicka i nie da się jej przełożyć 1:1 na ekran (chcę wtedy krzyczeć, że przecież nie tak się to robi!), że za dużo albo za mało – bo o dziwo zdania są podzielone - się tam dzieje, że postać bohaterki jest trudna do pokazania (bo jak ją pokażemy - że czyta akta? Wolne żarty, naprawdę jest wiele możliwości, by pokazać to na ekranie bez dosłowności). Padają też kuriozalne pytania, czy można by zapożyczyć jakieś smaczniejsze sceny z moich innych książek (na Boga!) albo czy nie dałoby się zmienić imienia bohaterce, gdyż Sasza nazbyt kojarzy się ludziom z telewizji z jabłkami, Putinem (tak, padł taki tekst podczas jednej z rozmów).
Do tego propozycje, by ją złagodzić (bo nie polubią jej perfekcyjne panie domu), by zmienić ojca jej dziecka na kogoś sympatyczniejszego, by ją samą trochę uprościć, ugospodynić, a już ten nałóg (pani Kasiu, to lekka przesada, by pokazywać pijącą kobietę w telewizji. Ja: - Ona już nie pije. Kiedyś piła. Oni: - Ale jakoś trzeba ją pokazać, nikt nie polubi zarzyganej profilerki. Ja: - Nie musicie jej pokazywać rzygającej. To trzeźwa alkoholiczka. Oni: - To jak pokazać pijaczkę? Bez rzygania? Widziała pani chyba „Pod mocnym aniołem”? Ja: Tak, widziałam. Świetna adaptacja. Daleka od książki. Podobnie jak „Lśnienie” Kubricka i „Lśnienie” Kinga) Starczy. Przytoczyłam te przykłady, ponieważ nie robię biznesów z nic nierozumiejącymi filmowcami. I takim praw nie sprzedaję.

Najlepszy autor to martwy autor
Jednocześnie nie pojmuję tego, gdyż dzieło filmowe jest dziełem całkowicie odrębnym, scenarzysta/reżyser winni się odbić od pierwowzoru i zbudować na tej bazie swoją własną opowieść. Pisarz zaś powinien zostawić filmowcom wolność, prawie całkowitą, zaufać ich maestrii. Pozwolić im pracować na swoim materiale, bo on powiedział już w książce, co miał do powiedzenia. Jak słusznie rzekł Mariusz Szczygieł: w sytuacji adaptacji filmowej czy teatralnej "najlepszy autor to martwy autor". Tylko wtedy ma szansę powstać coś świeżego, całkiem nowego, ponieważ film to zupełnie inne medium, wymagające innych środków wyrazu niż książka. Kiedy słyszę, że retrospekcja z początku „Pochłaniacza” jest trudna do zaadaptowania, odpowiadam, że gdybym pisała o tym film, opowiedziałabym tę historię zupełnie inaczej. Ja pisałam książkę. To wasza sprawa, by wymyślić odpowiedni koncept na scenariusz.
Spójrzcie jak zrobiono "Olive Kitteridge". Ta historia niemal w całości zbudowana jest na retrospekcjach (podobnie jak „Detektyw”) – lecz nie nudnych rodem z polskiego filmu z lat 80., gdzie obraz przenika i dostajemy łopatologiczne wyjaśnienie. W "Olive Kitteridge" retrospekcja posuwa akcję do przodu, dopowiada zdarzenia dziejące się tu i teraz, wręcz nadaje im sens. Konstrukcja zaś jest nielinearna, a jednak spójna – ma swój porządek. Podział na części nieprzypadkowy i zupełnie inny niż w książce, podobnie jak zamysł dramaturgiczny i sam przekaz. Wyobrażenia wizji postaci: słoń, wąż, jabłko etc. – genialne i na półtonach, uważam za majstersztyk, na dodatek bez dociśnięcia kolanem, choć nie można powiedzieć, by to posuwało akcję do przodu. To elementy ozdobne, a jednocześnie sól tej historii. Nadają opowieści smaku. Ma to jedynie na celu stworzeniu tła, tego, z czym w historię wchodzi Olive.
Sceny cięte jak w thrillerze, zaraz po kulminacji, choć to „tylko” obyczajowa opowiastka. Dodać należy, że postać główna to po prostu starzejąca się, nieładna już kobieta (choć moim zdaniem właśnie dlatego wspaniała, rzeczywista, absolutnie piękna i niestety nie widzę w Polsce jej odpowiednika. Być może Agata Kulesza za 25 lat?). Podobnie jak zdecydowana większość bohaterów – praktycznie żadna z nich nie przeszłaby testów do Tańca na lodzie czy innego targowiska próżności, którego uczestnicy zaludniają naszą rodzimą kinematografię. U nas wszyscy muszą być piękni, szczupli, plastikowi i correct. Nawet komenda policji przypomina budynek ZUS, co jak wszyscy wiemy nie jest zgodne z prawdą i nawet dziecko tego nie „kupi”.

Jak to robią w Ameryce?
Jeśli zaś chodzi o „True Detective” to dla odmiany opowieść o przyjaźni dwóch facetów, którzy osobowościowo i wizualnie są jak własny rewers. Poznajemy ich, kiedy kwiat ich wieku minął. Jeden z nich jest podejrzany o zbrodnię, a ten drugi trafia na przesłuchanie. Śledczy liczą na ich dawny konflikt, oczekują „wsypy”. Retrospekcje, zamordowana kobieta z jelenimi rogami, grupa trzymająca zło i „carcosa” a nawet główny Zły to wyłącznie mięso fabularne. Ktoś jednak najpierw wpadł na genialny pomysł, JAK TĘ HISTORIĘ OPOWIEDZIEĆ. Retrospekcje tym samym nie nużą, przeciwnie – są kluczem, konwencją tej opowieści.
Ale powtarzam raz jeszcze – nie chodzi tu tak naprawdę o zagadkę kryminalną, lecz o miarę przyjaźni, jej wagę i moc – emocje rozumiane na każdym skrawku ziemi, dlatego też serial święci takie triumfy. Taką właśnie wartość marzyłoby mi się, by reżyser uwydatnił w adaptacji „Pochłaniacza”, wątek śledztwa sprowadzając na tło dalsze. Nie ma bowiem błahych historii, są tylko źle opowiedziane.

W Polsce tylko Ojciec Mateusz i BrzydUla?
Mam wrażenie, że wciąż tkwimy w latach 80., a niektórym twórcom wciąż się wydaje, że wszystko załatwi akcja (przekonują mnie, że przecież musi być po kolei, jedno ma wynikać z drugiego i być przewidywalne, bo widz nie zrozumie – wołam wtedy o pomstę do nieba! O jakim to braku szacunku do widza zaświadcza!). Tym bardziej drażni mnie w tych rozmowach, kiedy słyszę, że polski odbiorca nie jest gotów na polski True Detective lub Breaking Bad. O prostym The Killing nie wspominając. Nóż mi się w kieszeni otwiera i mam ochotę zarechotać szyderczo: Tak, u nas „sprzeda się” tylko Ojciec Mateusz i Brzydula. Nie mówię, że na rynku nie ma dla nich miejsca. Jest, ale też inne, lepsze rzeczy mają szanse być u nas zrozumiane, bo to nie jest kraj debili, a tak w każdym razie myślą niektórzy filmowcy na stanowiskach, skoro podejmują takowe decyzje.
Liczę jednak po cichu, że nie wszyscy tak sądzą. Może adaptacja „Ziarna prawdy” Miłoszewskiego w reżyserii Borysa Lankosza udowodni, że można pójść w innym kierunku, podnieść poprzeczkę. Bardzo na ten film liczę i mam nadzieję, że Borys nie zawiedzie. Gdyż on czyta. „Rewersem” udowodnił, że potrafi opowiadać wizualnie rzecz już i tak doskonale opowiedzianą w książce Andrzeja Barta. Że będzie to wyłom, który otworzy szerzej drzwi młodym filmowcom i zmusi wręcz do myślenia cieplej o adaptacji. Liczę też, że moja książka również trafi w dobre ręce i będzie z niej kawał niezłego kina. Zaś szaleństwo, które ogarnęło Polskę – ponieważ ludzie masowo oglądają właśnie dobre „zachodnie” seriale – udzieli się także i twórcom filmowym.
Drodzy państwo! Zacznijcie ryzykować. Podnieście poprzeczkę. Nie mówcie, że nie ma dobrych scenariuszy. Bo mamy bardzo wiele świetnych książek, których czytelnicy chcą zobaczyć filmowe wersje na ekranie. Nie mówcie także, że adaptować można wyłącznie literaturę piękną, gdyż popularna spokojnie przyciągnie do kina tłumy. Zwłaszcza, jeśli książka na rynku wydawniczym jest bestsellerem. Życzę też tego sobie, bo jestem jednym z milionów widzów, który jest doskonale przygotowany na dobry polski produkt. Na rzecz wysokiej jakości i zapewniam, że zrozumiem przekaz takiej adaptacji.
Trwa ładowanie komentarzy...