„Mroczny zakątek” Gillian Flynn , czyli kryminalna liga mistrzów. Główna bohaterka to nowa Lisbeth Salander

Powieść kryminalna znajduje się aktualnie w apogeum rozkwitu. Ale nie wystarczą już trzy klasyczne składowe: intryga, bohater i motyw zbrodni. To dziś literacki kombajn wymagający od autora nie lada umiejętności warsztatowych, wrażliwości, smaku, precyzji oraz analitycznego budowania fabuły. Na naszych oczach odbywa się właśnie rewolucja, w której nowy ład ustanawiają kobiety – zarówno autorki, jak i wykreowane w ich powieściach bohaterki. Polska nie odstaje od tych trendów, a raczej idealnie się w nie wpisuje, co potwierdza sprzedaż u nas tego typu książek i ich stała obecność na listach bestsellerów. Bez kompleksów nowe autorki konkurują z klasykami, błyskawicznie wspinając się na najwyższe miejsca. Nie dziwi mnie to. Wszak w naszym języku zbrodnia jest rodzaju żeńskiego.

Na szczególną uwagę zasługuje powieść „Mroczny zakątek” Gillian Flynn, autorki światowych bestsellerów, głównej reprezentantki nurtu thrillera psychologicznego na Zachodzie, a za jej sprawą antybohaterka – Libby Day. Nasuwa się naturalne porównanie z Lisbeth Salander, gdyż od lat nie było nikogo tak wyrazistego w literaturze kryminalnej. Flynn zresztą czerpie z archetypu Amazonki pełnymi garściami, ale Libby jest stokroć lepiej narysowana niż bohaterka trylogii Larssona. W „Millennium” patrzymy na postać z komiksu, Libby jest pełnokrwistym człowiekiem. To wielki skok jakościowy i jestem pewna, że udało się to wyłącznie dlatego, że „Mroczny zakątek” pisała kobieta.



Dawno już nie przeczytałam tak doskonale skonstruowanej powieści. Bez szpanu, popisywania się i zgranych już, choć zawsze skutecznych „kryminalnych” chwytów à la Hitchcock. Prostota języka, zuchwały styl Flynn i jednocześnie mistrzowska żonglerka naszymi emocjami dają efekt piorunujący. Nie można się oderwać, a po zakończeniu lektury opowieść na długo pozostaje w głowie czytelnika. Autorka udowadnia tym samym, że wszystkie twarde reguły ustanowione niegdyś przez Christie czy Chandlera na temat powieści sensacyjnych możecie włożyć do lamusa. Podobnie jak podział na literaturę popularną bądź wysoką (na światowym rynku od dawna nieaktualny). Kryminał zaś, w wydaniu książeczek kieszonkowych, jest już nie tylko passé, ale stał się jałowy i po prostu wtórny.

Flynn, owszem, skupia się na zdarzeniach, ale rozpościera szeroki plan kontekstu uniwersalnej opowieści. Pastwi się nad wszechogarniającą nas (widoczną także w Polsce choćby przy okazji „serialu o matce małej Madzi z Sosnowca”) współczesną religią, czyli chorobliwą fascynacją zbrodnią, z zabójstwa czyniącą rozrywkowy event. Wyszydza kult morderców, mitologizowanie ofiar, a także sprzedaż relikwii – intymnych zapisków, przedmiotów codziennego użytku jako pamiątek po brutalnie zabitych lub dokonujących zbrodni. Demaskuje naiwność kobiet pragnących kontaktu ze zbrodniarzem, niczym biblijnego nawrócenia diabła, oczyszczenia go z win, by odkupić grzech pierworodny. Pochyla się z szelmowskim uśmieszkiem, ale i wyrozumiałością nad samotnością walczących o prawa zwyrodnialców i paradą pragnących spojrzenia w oczy bestii, bo swego życia nie mają lub boją się go przeżywać w pełni. Bez skrupułów łamie tabu. Miast relacji ukazuje interesy łączące ludzi: egoizm, podziały społeczne, stereotypy seksualne. Słowem, Flynn zajmuje się w powieści gatunkowej tym, czym dotąd parała się wyłącznie literatura przez wielkie „L”.

Libby jest ofiarą. Jedyną ocalałą z tragedii masowego zabójstwa. Miała zaledwie kilka lat, kiedy doszło do bestialskiej zbrodni. To jednak nie czyni z niej świętej męczennicy, jakiego archetypu użyto by kiedyś. Ale nie jest też zła, jak pokazałby ten typ postaci Hitchcock czy Lemaitre. Nie pragnie zemsty, odwetu, krwi na rękach. Przeciwnie. Jest zgorzkniała, antypatyczna, bierna i wyrachowana, ale też rzeczowa i mądra życiowo. Ma jasny ogląd sytuacji. Widzi to, co jest, a nie to, co chcieliby, by widziała jako cudem ocalała ofiara. Żyje więc z odszkodowania, które „litościwe społeczeństwo” wpłacało na jej konto przez całe lata, ale doskonale wie, że owo współczucie to rodzaj odpustu win, za które ci sami ludzie karmią się jej traumą. Wiedza i prawda są jej głównym atrybutem. W „Mrocznym zakątku” nie chodzi o odpowiedź: kto zabił, lecz o rzecz znacznie ważniejszą: jaka jest prawda.

Świat Flynn to szarówka przed zmierzchem. Nie granatowa, nieprzenikniona noc gdzieś w Szwecji, ani też nie przekombinowane francuskie zbrodnie, w których symbole i metafizyka mają budować napięcie. To raczej świat „True Detective”, lecz i tak niewiele w nim światła. Skoro nadzieja umarła dawno temu, szybko pojmujemy, że Libby, choć odstręczająca i podstępna – jako jedyna jest w tym gronie naprawdę uczciwa. Wobec siebie i świata. Postać fascynująca, infekująca i zakotwiczająca się w czytelniczym sercu na długo po skończeniu lektury. Jej bezwzględna szczerość oraz kostyczne poczucie humoru sprawiają, że choć nas drażni, czasem przeraża, a w życiu skreślilibyśmy ją po pięciu minutach rozmowy, w trakcie lektury nie jesteśmy w stanie przestać jej kibicować. Boimy się o Libby i chcemy (czasem bardziej niż ona sama), by odkryła wreszcie, kto zniszczył jej życie. Bo – o ironio – sama bohaterka uznaje tę sprawę za całkowicie nieistotną.

Napędzają ją sprawy trywialne: otrzymywane za śledztwo pieniądze, a potem wyłącznie ciekawość. Ale to właśnie ją – roszczeniową i chciwą ofiarę – uczyniła Flynn całkiem nowym typem detektywa. Nowym, ponieważ to „zła kobieta”. „Zła”, gdyż już na starcie nie jest taka, jaka kobieta być powinna. I na tym polega jej magnetyzm. Jestem pewna, że Libby będzie wkrótce miała wiele odmian i gorszych lub lepszych kopii.

„Mroczny zakątek” to powieść ze zbrodnią w tle, lecz przemyślana na wszystkich poziomach niczym doskonały projekt architektoniczny. To jedna z tych zachwycających opowieści, w których wyjęcie jednego puzzla niszczy całą konstrukcję. Nie znam większego komplementu dla wyobraźni pisarza. Flynn wie, że w powieści liczą się wyłącznie emocje czytelnika. Nic więc dziwnego, że postawiła na jedyny gatunek, który ma szansę wciąż się rozwijać. Thriller psychologiczny na świecie już zawłaszczył niemal wszystkie atrybuty kryminału, powieści obyczajowej, czystej sensacji, a nawet melodramatu.

Flynn dodatkowo czerpie pełnymi garściami z literatury zwanej dotąd „wysoką” na rzecz unikatowej kompozycji, języka, narracji. Gdyby należała do nurtu „wysokiego”, można by określić wykonanie dzieła majstersztykiem. W moim słowniku ważniejszy jest hołd w postaci dwóch słów: „solidna robota”. Bo mimo walorów artystycznych nadal fundamentem i siłą napędową tej książki jest to, co w literaturze gatunkowej najważniejsze, a więc zwarta struktura fabularna, opowiedziana z chirurgiczną precyzją, by trzymać czytelnika za gardło do ostatniej strony.

Akcja „Mrocznego zakątka” rozwija się dwutorowo i tym samym napięcie jest stopniowane w dwójnasób. Wraz z rozwojem fabuły głównej poznajemy wydarzenia z przeszłości, opowiadane z perspektywy kolejnych postaci dramatu. Co do sekundy Flynn dokonuje na naszych oczach wiwisekcji krytycznego dnia i zeznań małej Libby. Nie tylko rozumiemy, że jako dziecko nie kłamała, choć jej zeznania mogły tak zabrzmieć, ale też miała prawo się pomylić. Dzieci bowiem mają własną percepcję. Prawda to czy fałsz? Czym jest dobro, czy istnieje zło? Słuszność decyzji kontra błąd? Takich pytań – niczym z greckiej tragedii – jest w tej książce więcej. Podobnie jak każda z postaci ma swoje rozliczne maski. W ich zdejmowaniu w odpowiednich momentach fabuły Flynn osiągnęła arcypoziom.

Poza uważnością obserwacji świata i maestrią żonglowania detalem w książce Flynn nie ma nic z „kobiecego” pisania. Może jedynie liryczne opisy świata przedstawionego, dzięki którym przenosimy się na pola kukurydzy i osiedla farmerskie w Kansas City, oraz pieczołowita dokumentacja, w której na całym świecie kobiety nie mają sobie równych, wskazuje wyraźnie, że mamy do czynienia z autorką, a może już artystką, która w trakcie pisania patrzy na swą opowieść jak na dzieło wizualne (nie dziwię się, że Charlize Theron zdecydowała się wyprodukować na tej podstawie film i sama wcielić się w rolę Libby).

Proza Flynn jest oszczędna niczym najlepsze opowiadania Schiracha, a sama Flynn to dosadna w dialogu siostra Lehane’a i jednocześnie wyjątkowo zabawna, jak tylko ona sama być potrafi. Gdyby wydała powieść pod męskim pseudonimem, z pewnością wyobrazilibyście ją sobie jako stuprocentowego samca. Jej Libby nie ma nic wspólnego z głównymi postaciami romansów kryminalnych Lackberg czy Marklund. Nie ustawiajcie Flynn na tej samej półce! Ona gra w pierwszej lidze mistrzów.
Trwa ładowanie komentarzy...